Muzyka

11 lutego 2014

Rozdział VIII

     - Pierwsze, czego się dziś nauczycie to jak strzelać z pistoletu, drugie jak zwyciężać w walce. - Cztery wciska każdemu po kolei pistolet w rękę.
     Przyglądam się broni. Będąc Serdeczną nigdy nie sądziłam, że będę mieć do czynienia z czymś takim. U nas można było zobaczyć pistolet tylko w jednym miejscu. Nieustraszeni, pilnujący ogrodzenia zawsze mieli takie przy sobie. Wtedy nie myślałam, że coś tak drobnego może tyle ważyć.
     - Skoro tu jesteście, to wiecie jak wskoczyć i wyskoczyć z jadącego pociągu. Dlatego na szczęście nie muszę was tego uczyć - kontynuuje nasz instruktor.
     Przekręcam głowę na różne strony i coś strzyka mi w karku. Niespecjalnie się dziś wyspałam. Trochę czasu minęło zanim udało mi się wyrwać z objęć Zacka.
     - Inicjacja jest podzielona na trzy etapy. Po każdym będziemy mierzyć wasze postępy i szeregować was na podstawie osiągnięć. Etapy nie określają końcowej rangi według równej miary, więc jest możliwe, chociaż to trudne, że z czasem zasadniczo podniesiecie swoją pozycję. - Cztery bierze głębszy oddech, po czym znów wraca do monologu. - Uważamy, że kompetencja wykorzenia tchórzostwo, które określamy jako wynikające ze strachu nieudane działanie. Dlatego każdy etap ma na celu przygotowanie was w inny sposób. Pierwszy jest głównie fizyczny, drugi głównie emocjonalny, a trzeci głównie mentalny.
     - Ciekawe ile siedział, by wykuć tę regułkę - mówi Prawy. On z nas wszystkich wygląda na najmniej zmęczonego. Brązowe oczy iskrzą gotowością do treningu, a mięśnie na jego ciele zdają się być przygotowane na wszelki wysiłek.
     Instruktor bez ogródek przykłada chłopakowi pistolet do skroni.
     - Zapewne dłużej niż zajęłoby mi odebranie ci życia. - Prawy spogląda na niego nieco znudzonym wzrokiem, ale już nic nie mówi.
     Koleżanka Kim próbuje przyłożyć do głowy Cztery swoją broń, ale on łapie ją za rękę i ściska tak mocno, że pistolet wypada z jej dłoni.
     - Co wam mówiłem o myleniu odwagi z głupotą?! - wrzeszczy po chwili. Aż ciarki przechodzą mi po plecach. - Imiona?
     - Jake - odpowiada chłopak bez cienia emocji w głosie. Instruktor przygląda mu się i marszczy brwi. Po chwili w końcu odsuwa broń od jego głowy.
     - Sabina. - Dziewczyna również próbuje być spokojna, ale jej głos trochę drży.
     - Patrzcie na mnie. - Cztery obraca się twarzą do ściany z tarczami. Staje z rozstawionymi nogami, trzyma pistolet oburącz i strzela.
     Huk jest straszny, aż bolą mnie uszy. Otwieram szerzej oczy i próbuję spokojnie oddychać. To w końcu tylko tarcza, przecież nikogo nie zabijam, to tylko tarcza.
     Po chwili słyszę drugi huk. Tym razem strzelała Victoria. O ile strzał naszego instruktora był bliski środka, o tyle strzał ciemnowłosej był od niego daleki.
     - Źle! Czy ty kompletnie nie widzisz środka?! Jeszcze trochę i w ogóle nie trafiłabyś w tamtym kierunku! - krzyczy Cztery. Dziewczyna piorunuje go wzrokiem, po czym celuje jeszcze raz. Tym razem trafia niedaleko środka. - Widzę, że działa na ciebie takie wrzeszczenie.
     - Próbuję zrobić wszystko, by jak najmniej twojej śliny padało na moją twarz.
     Nasz instruktor przewraca oczami i podchodzi do Zacka. Victoria mruczy coś pod nosem. 
     - Cztery to liczba, nie imię. - Tylor próbuje skłonić dziewczynę do rozmowy. Ona jednak nie ma na to ochoty.
     - I co ma biedny zrobić? Popaść w kompleks niższości? - Chłopak natychmiast się zamyka i celuje w tarcze. Trafia w sam środek.
     Ile razy już strzelał?Zaczynają mi się trząść dłonie.
     Rozglądam się po wszystkich. Każdy strzela tak, jakby miał już do czynienia z pistoletami. Chyba najlepiej idzie właśnie Tylorowi i temu całemu Jake’owi.
     Próbuję uspokoić drżenie ciała. Rozstawiam szerzej nogi i obejmuje dłońmi chwyt pistoletu. Naprawdę jest ciężki, ledwie mogę go utrzymać, gdy znajduje się daleko od klatki piersiowej.
     Naciskam spust, a nabój wylatuje z lufy ze zdumiewającą prędkością. Dźwięk razi mi uszy, a odrzut odpycha moje ręce. Upuszczam broń na ziemię i odsuwam się od niej kawałek. To coś prędzej mnie zabije niż ja kogoś tym zranię.
     - Mady, podnieś pistolet i strzelaj dalej! - Cztery znów się drze. Ruszam w stronę broni i wyciągam po nią rękę. Strasznie mi się trzęsie. Instruktor chwyta mnie za nią. - Spokojnie.
     Kiwam głową i próbuję się uspokoić. Chłopak w tym czasie mnie puszcza i zaczyna mi się uważniej przyglądać. Żałuję, że nie wzięłam serum, ale z drugiej strony jak bym się po nim niby zachowywała?
     Wzdycham głęboko i powtarzam czynność. Tym razem staram się jak najmocniej zaprzeć nogami. Odrzut znowu odpycha mi ręce, ale zaciskam je mocniej na pistolecie, by nie wypadł mi z dłoni. Spoglądam na tarcze, nabój wbił się w jej brzeg. Uśmiecham się. Próbuję jeszcze kilka razy. Z każdym coraz bardziej się do tego przyzwyczajam, ale i tak nie udaje mi się wcelować w sam środek.

     Na jadalni Tylor zaprasza mnie do swojego stolika. Siedzi przy nim także Victoria. Nie jestem pewna, czy mam ochotę z nią usiąść, ale z pewnością jest lepszą opcją niżeli Kimberly.
     - Nie będziesz Nieustraszoną, jeśli nie wyzbędziesz się tych Serdecznych zachowań - mówi dziewczyna. Przysiadam się tuż obok niej.
     - Muszę całkiem porzucać jedno, by stać się drugim? - pytam. Victoria zaczyna robić sobie kanapkę.
     - Ciężko pogodzić agresję z jej brakiem - odpowiada, po czym zaczyna jeść.
     - Nie przejmuj się. - Uśmiecha się Tylor. - Victoria czasami tak ma.
     - Bo ty akurat jesteś moim znawcą! - Ciemnowłosa przewraca oczami. - Skoro tyle o mnie wiesz, to może napisz książkę?
     - Tylor, świetnie strzelasz! - Za plecami chłopaka pojawia się Zack. - Też bym tak chciał.
     - To nie jest trudne... - Tylor zaczyta tłumaczyć Erudycie, jak dokładnie powinien namierzać cel. W zasadzie powinnam się przysłuchać, bo to w sumie ja byłam najgorsza. Nie mam na to jednak najmniejszej ochoty.
     Chwytam jabłko i zaczynam je gryźć. Victoria w tym czasie nakłada sobie na talerz trochę groszku. Po chwili przygląda się marchewce. Pamiętam jak sadziłam je w sadzie. Może to trochę pracochłonne zajęcie, ale w zasadzie jest przyjemne.
     - Co się tak patrzysz? Też chcesz napisać o mnie książkę? - pyta po chwili. Spoglądam na nią ze zdziwieniem. W zasadzie coś mnie w niej intryguje, ale nie wiem co. Nie jest taka jak ludzie, których zawsze znałam. Jest trochę wredna, ale nie aż tak jak Kimberly.
     - Raczej wspominam sadzenie marchewek - odpowiadam, a Zack i Tylor wybuchają śmiechem. Dziewczyna unosi brwi do góry.
     - Też kiedyś sadziłam, bo Altruiści muszą z wielką chęcią bezinteresownie pomagać. Bycie Altruistką jest debilne, co? - Altruistka zaczyna się szczerzyć. Mam wrażenie, że przypomina sobie wczorajszą scenę, gdy nie chciała mi pomóc uwolnić się z objęć Zacka.
     - Czy ja wiem... - zaczyna Tylor. - W sumie jak się temu przyjrzeć z boku, życie Altruistów wygląda całkiem ładnie.
     - To trzeba było zostać przy tym ładnym życiu, a nie wybierać brutalność. - Victoria krzyżuje ręce na piersi i wbija się głębiej w krzesło.
     - Co cię nagle ugryzło? Opuściłaś Altruizm, dobra, ale po co go teraz oczerniać? - Altruista patrzy znacząco na dziewczynę, a ona upija łyk wody.
     - Wyrażam tylko swoje zdanie.

     Po lunchu Cztery prowadzi nas do nowej sali. Jest olbrzymia. Ma trzeszczącą, drewnianą podłogę z dużym kołem namalowanym na środku. Na ścianie po lewej wisi zielona tablica, taka do pisania kredą. Ostatni raz widziałam podobną, gdy uczyłam się na niższych poziomach.
     Nasze nazwiska są na niej wypisane w porządku alfabetycznym.
     Na końcu sali, w metrowych odstępach wiszą worki treningowe. Ustawiamy się za nimi w rzędzie, Cztery staje pośrodku, tak żeby każdy go widział.
     - Tak jak mówiłem rano, następną rzeczą, której będziecie się uczyli jest walka. Celem jest przygotowanie waszych ciał, żeby reagowały na zagrożenia i wyzwania. To będzie wam potrzebne, jeśli chcecie przetrwać, żyjąc jako Nieustraszeni - mówi nasz instruktor. - Dzisiaj omówimy techniki, jutro rozpoczniecie walki między sobą, więc radzę uważać. Ci, którzy nie będą się szybko uczyć, odniosą obrażenia.
     Cztery pokazuje kilka podstawowych ciosów i wymienia ich nazwy. Najpierw uderza w powietrze, potem w worek. Niektóre z uderzeń przypominają mi ruchy w tańcu. Z tym, że w tańcu raczej nie chciałam nikogo uszkadzać. No może czasem się zdarzało, gdy ktoś za blisko podszedł.
     Utrzymanie postawy nie sprawia mi wielkich problemów. Gorzej jeśli chodzi o kopnięcia.
     Od ciosów bolą mnie ręce. Mam zbyt delikatne dłonie. Mimo, że próbuję uderzać jak najmocniej, worek się ledwie porusza.
     Wszędzie wokół roznoszą się dźwięki uderzania w tkaninę. Cztery wchodzi w naszą grupkę, by lepiej nas obserwować. Gdy zawiesza wzrok na mnie, czuję się jakoś dziwnie. Nie lubię, gdy ktoś mnie obserwuje jak coś mi nie wychodzi. Po chwili obrzuca mnie wzrokiem od stóp do głów, ale nigdzie nie zatrzymuje wzroku.
     - To dziwne - oznajmia. Odrywam się na chwilę od ćwiczenia. - Nie dajesz sobie rady z tym workiem, a masz dosyć rozbudowane mięśnie. Dźwigałaś w Serdeczności mąkę czy coś w tym stylu?
     - Nie. - Kręcę głową. Nagle słyszę dosyć denerwujący śmiech.
     - To tancereczka - stwierdza Kim. - Ostatnio urządziła ciekawe przedstawienie w szkole.
     - W takim razie masz kondycję. Nie znam się na tańcu, ale sądzę, że masz bardziej wytrenowane nogi. Skup się na nich. - Cztery rusza dalej.
     Próbuję kopnąć w worek. Cóż, na pewno wyszło lepiej niż, gdy próbowałam rękoma.

     Po treningu nasz instruktor proponuje wyzwanie wytrzymałościowe. Mamy możliwość odmówienia, ale każdy z ciekawości rusza za nim. Idziemy drogą, którą w miarę znam. Przecieram oczy, gdy orientuję się w końcu gdzie nas prowadzi. Jesteśmy na jadalni. O dziwo - jest w niej pusto.
     Przy wielkim stole siedzi tylko Erik. Przed nim stoi mnóstwo kieliszków z jakimś płynem. Wygląda on jak zwykła woda.
     - To ma być wyzwanie wytrzymałościowe? - Victoria krzyżuje ręce na piersi. - Nie mam zamiaru pić alkoholu.
     - Masz wybór. - Cztery wzrusza ramionami i siada przy stole.
     - Co? Mała Altruistka się boi? - pyta Erik, wstając od stołu.
     - Mam alergię na alkohol. Na takich Narcyzów jak ty również. - Z twarzy przywódcy schodzi uśmiech.
     - Ktoś jeszcze chce odmówić?
     Na sali nastaje cisza. Wszyscy są raczej chętni na spróbowanie alkoholu. Ja w zasadzie nigdy go nie piłam. Nie licząc słodkiego wina, które dała mi do spróbowania mama, gdy byłyśmy razem w ogrodzie winnym. W sumie było całkiem dobre.
     - Jestem ciekaw, które z was najwięcej wypije. Możliwe, że zwycięzca dostanie jakieś ekstra punkty w rankingu. - Erik przeczesuje dłonią włosy.
     Światło odbija się od jego niezliczonej ilości kolczyków. Pewnie na jego miejscu czułabym się jak skrzynka na narzędzia.
     Kimberly podchodzi jako pierwsza i wypija cały kieliszek duszkiem. Idę w jej ślady i próbuje zrobić to samo. Gdy tylko płyn dostaje się do moich ust, zaczynam kasłać.
     - To jest gorzkie, ohyda! - Wszyscy zaczynają się śmiać. Tylor podchodzi do mnie i zaczyna klepać po plecach.
     - Nie powinnaś więcej pić - oznajmia Zack. Kiwam głową i od razu wycofuję się od stołu.
     Chyba jakaś niewidoczna siła ciągnie mnie w stronę Victorii, bo staję nieświadomie tuż obok niej.
     - Znowu cię do mnie przywiało? Myślałam, że tylko Tylor działa jak magnes.
     - W Altruizmie nałogi są samolubstwem, prawda? - pytam, ignorując jej komentarz.
     - Tak, ale ja akurat mam po prostu odrazę do alkoholików. - Dziewczyna wzrusza ramionami.
     Kolejka tego dziwnego wyzwania ciągnie się w nieskończoność. Odpadł na razie Zack, ten drugi Erudyta i Sabina. Cała trójka zaczęła się wlec dziwnym zygzakiem do sypialni. Śmiali się przy tym zupełnie jak po serum pokoju.
     - Zachowują się jak po serum - próbuję zagadać dziewczynę.
     - Jakim serum? - Spogląda na mnie z ciekawością w szmaragdowych oczach.
     Mam ochotę postukać się w czoło. Skoro ona nigdy nie była jedną z Serdecznych, to nie może wiedzieć czym jest nasze serum.
     - Serum pokoju. W Serdeczności stosowano je, gdy ktoś wdał się w bójkę - tłumaczę.
     - To trochę jak narkotyki. - Kiwam głową. - Ciekawe...
     Kimberly wypija kolejny kieliszek duszkiem, po czym wskakuje na stół. Zaczyna bujać się na różne strony. Erik unosi znacząco brwi. Dziewczyna podnosi ręce do góry i kręci się wokół własnej osi. Po chwili się przewraca i wpada w ramiona przywódcy.
     - No hej ty mój kociaku. - Kimberly szczerzy się jak głupia i zaczyna się bawić kolczykami Erika. Muszę przyznać, że to naprawdę dziwny widok.
     Po chwili od stołu odchodzi Tylor, ledwo trzymający się na nogach. Idzie w naszą stronę. Victoria odsuwa się kilka kroków w tył, a chłopak opiera się na mnie. Ledwie daję radę go utrzymać.
     - Tylor, złaź. Jesteś ciężki - próbuję coś wskórać, ale chłopak ledwie kontaktuje.  - Tylor, no!
     - Musisz odprowadzić go do łóżka - mówi ze śmiechem Victoria.
     - Pomożesz mi? - Dziewczyna unosi znacząco brew. Wzdycham i spoglądam na resztę.
     Erik jest mocno pochłonięty „rozmową” z Kim. Cztery opiera się o oparcie krzesła i leniwie przypatruje pijącym dzieciakom. Na resztę nawet nie ma sensu spoglądać.
     Wlokę się z chłopakiem, który ledwie stawia nogę za nogą. Za nami idzie Victoria, która nie umie powstrzymać śmiechu.
     - Serdeczna bawiąca się w Altruistkę. - Klaszcze w ręce.
     Po chwili nas wyprzedza, by dostrzec moją minę.
     - Nigdy nie widziałam tak naburmuszonej Serdecznej.
     - Nigdy nie widziałam tak wesołej Altruistki - odpieram.
     Próbuję jakoś przemieścić Tylora, by lepiej mi się go wlokło, ale nie bardzo mi to wychodzi.
     - Nie jestem już nią. - Jej twarz momentalnie poważnieje.
     - Ja również.
     Dalszą drogę idziemy milczeniu. Tylor mógłby mniej jeść. Nie mogę powiedzieć, że jest gruby, ale z całą pewnością mogę rzec, iż jest ciężki.
     - Po co w ogóle ze mną idziesz? - pytam. Może było to trochę niegrzeczne z mojej strony, ale w tej chwili nawet nie mam siły myśleć o uprzejmości.
     - Można powiedzieć, że dostarczasz mi rozrywki. - Dziewczyna po raz kolejny się uśmiecha. - Ciężko co? A ja miałam takie bzdury na co dzień.
     - Mówisz jak męczennica. - Zdejmuję Tylora z ramion i kładę na ziemi. Dalej nie mam siły go wlec. - Chcę w końcu zrobić coś szalonego!
     - To załóż koszulkę na odwrót. - Piorunuję ją wzrokiem. - Serdeczna ma mordercze spojrzenie, świat się kończy.
     - Może jestem uprzejma. - Łapię głębszy oddech i wskazuję na Tylora. - Ale on jest ciężki i nie mam już na to siły.
     Victoria zaczyna się śmiać.
     - To co chcesz zrobić, panno uprzejma?
     - Żart Kim? - Wzruszam ramionami. Nie wiem czemu akurat to przyszło mi do głowy. W zasadzie to chyba naprawdę nie lubię tej Prawej.
     - Ty? Żart? Niby jaki? - pyta z niedowierzaniem. Po chwili zakłada sobie kosmyk włosów za ucho.
     - Może wlejemy jej jakiejś farby do szamponu? - Wyobrażam sobie Kimberly z różowymi włosami. Ciekawe czy mocno by się za to wściekła?
     - Ciekawa myśl. Chodźmy do salonu tatuażu zapytać się czy pożyczą nam jakąś farbę - proponuje dziewczyna.
     Uśmiecham się od ucha do ucha i ruszam za nią.


~***~

Myśleliście kiedyś, że kogoś dobrze znacie, a ten ktoś okazał się zupełnie inny?
Dobra nie będę wam tu marudzić. :D
W ramach zadośćuczynienia za to, że rozdziały są tak rzadko dostaniecie rysunek Victorii:

PS. Pierniczku, miałam to dodać jutro, ale nie mogłam się powstrzymać, więc masz wcześniejsze życzenia.

STO LAT!

8 lutego 2014

L.B.A.

"Nominacja do Liebster Blog Award jest przyznawana przez innego bloggera w ramach uznania za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana też blogom o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie ty nominujesz 11 blogów (informujesz je o tym) i zadajesz 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który cię nominował."

Nominowała mnie Akuma-Chan z bloga KLIK Serdecznie Ci za to dziękuję. ^^

Pytania:

1. Twoja największa pasja, twoje zainteresowania?

Lubię pisać opowiadania. Pewnie się tego nie spodziewaliście. :D Poza tym lubię fotografię. Zarówno robienie zdjęć, jak ich przerabianie. Kręcenie krótkich filmów, montaż (choć robię to rzadko). Czasami coś narysuję (chyba powinnam napisać nabazgrzę). ;P

2. Ulubiona zabawa z dzieciństwa?

Nie wiem. Jakieś sportowe zawody, które zawsze wymyślaliśmy z kolegami. Nie lubiłam się zbytnio bawić w chowanego, wolałam już grać z kolegami w piłkę nożną i zazwyczaj bronić. Co ciekawe? Broniłam wtedy lepiej niż teraz. Ach ta moja kaleczność. ^^

3. Co skłoniło cię do założenia bloga?

Abigail? To ty mnie skłoniłaś? A nie, ty kazałaś mi założyć Absyncję. :D Tego bloga założyłam sama, a ty kazałaś mi go zacząć od nowa, bo (przyznam bez bicia) pisałam go jak dziecko z przedszkola. :D
Hmm... założyłam go dlatego, że pomysł od dłuższego czasu siedział w mojej głowie. W książce w zasadzie mało jest o Serdecznych.

4. Twoja inspiracja. Co motywuje cię do pisania?

Tego bloga? Książka "Niezgodna" oraz Abigail, która urwałaby mi łeb, gdybym przestała pisać tego bloga. :D Ta konkretna osoba jest inspiracją dla Victorii. Stworzyła tę postać, decyduje o niektórych rzeczach z nią związanych i na szczęście nie narzeka jak ją na razie kreuję. :D A i czasami dorzuci jakiś tekst od siebie (więc część tekstów Victorii należeć będzie do mojej mentorki). Ale ja cię dziś wychwalam...

5. Jak rozpoczęłaś swoją przygodę z pisaniem?

Pisałam jakieś durne opowiadania, których nie kończyłam. XD Pierwszy blog był o totalnej porażce. Dałabym wam link, ale nie chcę być odpowiedzialna za waszą śmierć ze śmiechu. :D

6. Jakieś motto, aforyzm, sentencja, cytat?

"To, że nie chcesz krzywdzić ludzi, nie znaczy, że tchórzysz." - tytuł bloga.
albo
"Zakończ rozdział, poczuj ulgę." - z mojego tła na fb. Kończę ten rozdział od czasu, gdy dowiedziałam się pewnej rzeczy.

7. Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?

Podobne pytanie miałam w LA na absyncji. ^^ Bez chwil dla siebie. Nie mogę być zawsze dla kogoś.

8. Jakieś seriale? Jeżeli tak, prosimy o tytuły!

"Rodzinkę.pl" zdarzy mi się obejrzeć. Czasem "Dr House'a". "Sherlocka" ubóstwiam i czekam na kolejne odcinki. Oglądałam też "Grę o tron". Czasem obejrzę te polskie: "Dlaczego ja", "Trudne Sprawy", "Ukryta Prawda", "Sędzia Anna Maria Wesołowska", "Sąd rodzinny", "Szpital". Zależy kiedy mi się nudzi i co akurat leci w telewizji. Poza tym to oglądam z mamą "Kości" i czasami te Kryminalne zagadki. Miami albo Nowego Jorku. A gdy byłam mniejsza to ubóstwiałam "Nie ma to jak hotel" i "Nie ma to jak statek". A i czasem jak nie mam co robić, a leci na MTV to obejrzę "Inną".

9. Masz ukochaną książkę? Podaj jej tytuł.

Chyba moją ukochaną będą "Igrzyska Śmierci". Zawsze będę wariować na ich punkcie. ^^

10. Ocena z języka polskiego?

Cztery. :D

11. Ulubione wspomnienie?

Jak byłam z bratem i jego dziewczyną na bananie, tym takim nadmorskim. Jego dziewczyna jak wsiadała, spadła z drugiej strony. Albo może jak jechałam na nartach wodnych i wszyscy się zdziwili, że udało mi się przejechać jakiś tam kawałek za pierwszym razem? Nie wiem, ale ogólnie lubię wspomnienia z dzieciństwa. ^^

Jeszcze raz dziękuję za nominację. Ja nikogo nie nominuję, ponieważ po nominacji na Absyncji skończyły mi się na razie pomysły na pytania. Miałam ochotę nominować samego Piernika, ale ok. I tak nie wymyślę Ci tych pytań. :D

25 stycznia 2014

Rozdział VII

    Myślę o tym, co powiedział Zeke na temat Uriaha. Jego młodszy brat jest trochę jak Serdeczny. Miło, że chce bym przeszła nowicjat. Niestety nie mam bladego pojęcia, co będę musiała zrobić, by tego dokonać.
    Po całej sali roznosi się śmiech poszczególnych osób do czasu, aż otwierają się drzwi stołówki. Staje w nich chłopak w podobnym wieku do Zeke’a czy Cztery. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy to niezliczona ilość jego kolczyków na twarzy. Odruchowo dotykam brwi, jakby to było mieć tam kolczyk? Albo w wardze? Albo w nosie? Albo jakiś tatuaż? Tu chyba wszyscy takowe mają.
    W oczach przybysza jest jakieś zimno. Nie takie zwykłe jak u Nieustraszonych, którzy pilnowali ogrodzenia. Jest jeszcze bardziej surowe.
    Zastanawia mnie kim jest ten chłopak. Wszyscy umilkli, więc musi być kimś ważniejszym w tej frakcji, ale kim?
    - To przywódca, czy kto? - pyta Victoria. Mówi to na tyle głośno, by przybysz ją usłyszał. Od razu rusza w naszym kierunku.
    - A to kto? Erudytka ubrana za Sztywniaczkę? - Chłopak siada z drugiej strony Cztery. Dostrzegam kątem oka, że dziewczyna skrzywiła się na dźwięk jego słów. - Zgadza się, jestem przywódcą - dodaje z dumą w głosie.
    - Coś młody jesteś jak na przywódcę - odzywa się Kimberly, siedząca przy stole obok. Po chwili kładzie łokieć na oparciu krzesła i opiera głowę na ręce. Prawi jednak muszą mieć coś z Nieustraszoności. Trzeba odwagi, by nie bać się mówić to, co myślimy.
    - Wiek nie ma tu znaczenia - oznajmia Cztery, spoglądając bez emocji na twarz Kim.
    - A co ma znaczenie? - dziewczyna zadaje kolejne pytanie.
    - Niedługo się o tym przekonacie. - Przywódca bierze jakiś płyn i wypija go duszkiem. - Może byś mnie tak przedstawił, Cztery?
    - To Eric, jeden z pięciu przywódców Nieustraszoności. Jest nim niecały rok. - Nasz instruktor wymawia to bez emocji.
    - Miałeś nowicjat w zeszłym roku? - pyta jakiś Erudyta, siedzący przy stole z Kim.
    - Zgadza się. - Eric kiwa głową. - Erudyci bardzo szybko wyciągają wnioski. - Zdaje mi się, jakby wypowiadał te słowa z pewną satysfakcją. Po chwili przenosi wzrok na Vicky. - Sztywniacy chyba też.
    - Tak, żeby ci to uściślić. Nie jestem już Sztywniaczką. - Dziewczyna mierzy się wzrokiem z przywódcą. Ta Altruistka wywiera na mnie sprzeczne emocje. Raz wydaje mi się przerażająca, a za chwilę fascynuje mnie jej zachowanie. Dziewczyna - zagadka.
    Po jakimś czasie Eric uśmiecha się, choć nie wiem, czy można to nazwać uśmiechem. Wygląda to trochę krzywo.
    - Widzę, że mamy tu bojową Sztywniaczkę - mówi.
    Victoria podnosi nóż, leżący niedaleko jej talerza i wbija go w stół, tuż obok ręki chłopaka.
    - Mówiłam, że nie jestem już Sztywniaczką.
    - Vicky! - Tylor łapie ją za rękę. Dziewczyna nawet na niego nie spogląda, cały czas patrzy na Erica.
    - Widzę, że mamy tu ciekawą zawodniczkę. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz. - Przywódca wyciąga nóż z blatu i zaczyna się nim bawić. - Jak się nazywasz?
    - Victoria Owl.
    - Może teraz powiesz, co cię tu przywiało? - pyta Cztery. Eric przenosi wzrok na niego.
    - Usłyszałem, że w tym roku było trochę śmiechu podczas naszego sprawdzania nowicjuszy.
    Zeke krzyżuje ręce na piersi i przewraca oczami. Kilka osób na sali po raz kolejny wybucha śmiechem.
    - Ciekaw jestem jakim cudem te informacje dotarły do ciebie tak szybko. - Nasz instruktor marszczy brwi.
    - Mam swoje sposoby. Może powiecie mi, która to ta dziewczyna od krzesła?
    Rozglądam się wokoło. Nikt chyba nie zamierza się odezwać, więc postanawiam sama to zrobić.
    - Ja. - O dziwo orientuję się, że głos mi wcale nie zadrżał.
    - Widzę, że mamy bojową Serdeczną w tym roku. Podobna niespodzianka, jak ze Sztywniaczką. - Eric chyba nie zamierza przestać dręczyć Victorii.
    - Ona była także pierwszym skoczkiem - mówi dość ostro Victoria. Nie wiem, czy chodzi jej o to, bym jakoś zabłysnęła w oczach przywódcy, czy po prostu znowu wkurzyła się za to obraźliwe stwierdzenie o Altruistach. Myślę jednak, że o to drugie.
    - Tak, nieco szalonym. W końcu to miłośniczka latania - odzywa się Kim. Mam jej coraz bardziej dosyć. Chyba nigdy nie myślałam o nikim źle, ale ona na serio nie jest zbyt miła. I to wcale nie tak, jak Vicky. - A Łabądek jest zapewne mocny tylko w gębie.
    - Łabądek? - pyta z zaciekawieniem Eric.
    - Sztywniaczka. - Uśmiech na ustach blondyny jest dość mocno widoczny. Jej oczy się jednak nie śmieją, widzę w nich coś, co mnie przeraża.
    - Łabądek? Phi, dobre sobie. Przecież ten ptak kojarzy się z delikatnością, której na pewno mi brak. Nie jestem także słodka i nikt mnie nie dokarmia, kiedy jestem głodna. Dobra, należałam do Altruizmu, ale nigdy nie chciałam pomocy innych. Miałam gdzieś ich poważne miny i chęć dzielenia się wszystkim, co mają w domu. Byliby nawet skłonni oddać swe dziewictwo czy organy, by pomóc innej osobie - wymawia jednym tchem Victoria. Widać, że jest coraz mocniej wkurzona, ale zachowuje maskę powagi.
    - Vicky... - mówi cicho Tylor, na co dziewczyna spogląda na niego mrożącym krew w żyłach spojrzeniem.
    - Twój chłoptaś powinien wrócić do Altruizmu. - Śmieje się Kim. Po chwili zakłada sobie włosy za ucho. - Ty również masz niewielkie szanse, łabądku.
    Altruistka zaciska mocno dłoń na krawędzi stołu.
    - Zatkaj się albo zaraz ty oberwiesz krzesłem - oznajmia. Prawie wszyscy parskają śmiechem
    Przewracam oczami, ciekawe jak długo będzie ich to śmieszyć?
    - Świruska faktycznie, miała świrnięty pomysł. Powinno się ją zamknąć w pokoju bez krzeseł. - Dziewczyna wywołuje kolejne parsknięcia. Nie patrzy jednak na mnie, a na przywódcę. Po chwili zaczyna się bawić swoimi włosami.
    - A ty jak się nazywasz? - pyta Eric, wyraźnie rozbawiony.
    - Kimberly - wymawia słodko dziewczyna.

    Po kolacji Cztery znika, by załatwić jakieś sprawy, więc Eric stwierdza, że z chęcią nas oprowadzi. Jakoś nie przepadam za jego osobą, wolałam już naszego instruktora.
    Przywódca prowadzi nas kolejnymi tunelami. Niby na końcu każdego świeci się jakaś niebieska lampka, ale między nimi panuje ciemność, więc muszę uważać, by nikogo nie nadepnąć.
    - Dzięki za pomoc - szepcze do mnie Tylor. W pierwszym odruchu próbuję na niego spojrzeć, ale po chwili uświadamiam sobie, że to nie jest wykonalne.
    - Nie ma sprawy - oznajmiam. - Victoria również ci pomogła.
    - Wielce mu pomogłam, kładąc się na ziemi przed ostrzałem - ironizuje dziewczyna.
    - Pozwolę się nie zgodzić. - Tym razem słyszę głos Zack’a. - Odwróciłaś uwagę porywacza.
    - A później chwyciłaś pistolet - dodaję. Nie wiem czemu, ale zależy mi na tym, by pochwalić tę dziewczynę.
    - Może i tak. - Głos Altruistki jest jakiś dziwnie głuchy.
    Maszerujemy dalej. Kroki słychać echem po korytarzu. Po chwili Kimberly zaczyna dość głośno dyskutować z jakimś chłopakiem.
    - Nie wiem jak wpadłaś na ten pomysł z krzesłem... - zaczyna Victoria. Znowu jak jakiś idiota próbuję spojrzeć na rozmówcę. - Ale z pewnością zaskoczyłby napastnika. Gratuluję ci, że udało ci się wyrwać od braku agresji, którego cię cały czas uczyli.
    - Nie wiem, czy chciałam od tego uciekać. - Dziwnie się czuję. Nie bardzo chcę rozmawiać o mojej byłej frakcji. Tęsknie za nią.
    - Jeśli tu jesteś to znaczy, że chciałaś.
    - Czyli ty jesteś tu dlatego, że chciałaś porzucić bezinteresowność? - Ręce zaczynają mi się trząść. Nie wiem czemu, ale chyba boję się zadawać jej pytania.
    - Kiedyś obiecałam samej sobie, że jak tylko nadarzy się okazja, by móc udowodnić swoją odmienność - zrobię to. No i jestem.
    - Jesteś mądra - oznajmiam. - Mądra jak Erudyta.
    - Jeśli możesz, nie wspominaj przy mnie o Erudytach. Przy okazji ty jesteś miła i głupiutka jak Serdeczni, ale także wkurzająca. No i nie myśl, że tak łatwo odpuszczę ci tego Łabądka. - Przełykam ślinę.
Eric zatrzymuje się przed jakimiś drewnianymi drzwiami. Wszyscy gromadzimy się wokół niego. Na szczęście świeci tu jakaś lampa, więc w końcu coś widzę.
    - Jako, że proces nowicjatu traktujemy poważnie, będę osobiście nadzorować część waszego treningu. - Spoglądam po kilku twarzach. Vicky przewraca oczami, Tylor ma przerażoną minę, a Kim się uśmiecha. - Oto kilka podstawowych zasad: W sali ćwiczeń macie być o ósmej rano. Trening odbywa się codziennie od ósmej do szóstej, potem możecie robić, co chcecie. Dostaniecie też trochę wolnego po kolejnych etapach nowicjatu. Jednak teren możecie opuszczać tylko pod nadzorem jakiegoś Nieustraszonego. W sali za tymi drzwiami... - przywódca wskazuje kciukiem drzwi za nim. - Znajduje się dziesięć łóżek. Was jest tylko ośmiu, więc możecie wybrać sobie, gdzie będziecie spać. Spodziewaliśmy się jednak, że więcej z was tu dotrze.
    - A gdyby było nas więcej? - pyta jakiś Prawy.
    - I tak zawsze ktoś nie dociera. - Eric wzrusza ramionami, a mnie przechodzą ciarki. - Na pierwszym etapie inicjacji transfery i urodzonych w Nieustraszoności trzyma się osobno. To wcale nie oznacza, że jesteście osobno oceniani. Pod koniec wasze miejsce w rankingu...
    - Jakim rankingu? - zadaje pytanie jakaś Prawa.
    Chłopak się uśmiecha. Krzywie się na ten widok. Mam wrażenie jakby przede mną stał jakiś potwór, a nie człowiek.
    - Służy on dwóm celom. Po pierwsze określa kolejność, według której będziecie wybierać sobie zajęcie. Dostępnych jest tylko kilka atrakcyjnych posad. Po drugie tylko dziesięciu najlepszych wejdzie do naszej frakcji.
    Czuję jakby moje ciało ogarnęło jakieś gorąco. Ogień zapalił się gdzieś wewnątrz i zaczął mnie spalać od środka. Mam ochotę krzyknąć, ale jakaś niewidzialna pętla zawęziła mi się na szyi.
    - Co takiego? - wypala w końcu Zack.
    - Mamy dwunastkę urodzonych w Nieustraszoności i waszą ósemkę - oznajmia bez cienia emocji Eric. - Pod koniec etapu numer jeden wyleci czwórka nowicjuszy, a reszta odpadnie po ostatnim teście.
    Serce bije mi mocniej. Nawet jeśli przejdę wszystkie etapy to i tak mogę odpaść. Mam naprawdę nikłe szanse na to, że mi się uda.
    - Co się z nami stanie, jeśli odpadniemy? - pyta jakiś Erudyta.
    - Opuścicie naszą siedzibę i będziecie żyć jako bezfrakcyjni - odpowiada Erik. Zaczynam się patrzeć w dół. Ciekawe, kiedy moje buty stały się tak ciekawe?
    W zasadzie nie wiem, co czuję. Nie mam zamiaru się załamać. Nie biorę się też w garść. Jestem gdzieś na granicy tego i tego. Zupełnie jakbym nic nie czuła, tylko działała. Będę jak maszyna. Po prostu będę robić swoje, a co z tego wyniknie? Pewnie niedługo się przekonam.
    - Dlaczego nie powiedzieliście o tym przed ceremonią? - oburza się Prawy. Nie wygląda na przerażonego, kipi od złości.
    - Mówisz, że gdybyście o tym wiedzieli wcześniej, nie zdecydowalibyście się na Nieustraszoność? - Przywódca patrzy na niego z wyższością. - Jeśli o to ci chodzi, powinieneś już się stąd wynosić. Jeżeli jesteś jednym z nas, nie przejmujesz się, że może ci się nie udać. Jeśli się przejmujesz, jesteś tchórzem. - Po chwili otwiera drzwi. - Wybraliście nas, teraz my musimy wybrać was.


    Przepych w pokoju jest dziwny. W prawdzie zawsze spałam w budynku, gdzie znajdowało się dość dużo osób, ale w sypialni byłam sama. Było w niej cicho. Jedyne dźwięki jakie mogłam usłyszeć, wydawałam ja. Tutaj z kolei do moich uszu dociera miarowy oddech siedmiu innych osób.
    Niektórzy przebrali się w stroje, które dali nam Nieustraszeni, ale ja i paru innych zostaliśmy na razie we własnych. Zrobiłam tak, ponieważ nie wiem, gdzie schować moje serum. Muszę je ukryć w bezpiecznym miejscu. Wzdycham.
    Wstaję po cichu i ruszam w stronę szafki z ubraniami. Nie wiem czy to dobry pomysł, ale innego na razie nie mam. Szperam w ubraniach dla dziewczyn. Wyjmuję jakieś brzydkie, duże spodnie i wkładam strzykawkę, igły i fiolki do ich kieszeni. Kimberly i jej koleżanka wyglądają na takie, co noszą tylko ładne stroje. A Victoria? Nie mam pojęcia, jak może się ubierać była Altruistka.
    Wybieram dla siebie jakieś ładniejsze spodnie i bluzkę, po czym idę do łazienki, by się przebrać. Swoją czerwono-żółtą sukienkę kładę na szafkę. Jutro ją pewnie ktoś zabierze.
    Idąc do łóżka słyszę jakieś szmery. Nie brzmią jak płacz. Wydaję mi się, że komuś śni się koszmar. Rozglądam się po pomieszczeniu. Mimo, że jest ciemno, dostrzegam Zack’a, który wierci się na łóżku. Niewiele myśląc, siadam przy nim i próbuję uspokoić. O ile takiego kogoś da się uspokoić.
    Zack, jakby pod wpływem mojego głosu uspokaja się. Próbuję wstać, ale jego ręka mnie łapie wokół szyi i przygarnia do siebie. No pięknie, zebrało mi się na Altruizm.
    Na łóżku obok słyszę jakiś śmiech. Próbuję wytężyć wzrok, bo niestety nie pamiętam kto tam leży.
    - Bycie Altruistką jest debilne, prawda? - Słyszę głos Victorii. Nigdy do tej pory nie był tak rozbawiony.
    - Nie... nie wiem, co to znaczy - jąkam się.
    - Debilne? - załapuje od razu. - Głupie, kretyńskie, idiotyczne...
    - Idiotyczne - powtarzam. To słowo zapamiętam do końca życia.
    - Tak, wiesz co to znaczy?
    - Wiem. - Próbuję się wyplątać z uścisku Zack’a. Chłopak nie jest wcale silny, tylko złapał mnie jakoś dziwnie. - Pomożesz mi?
    - Hmm... Już ci mówiłam, że bycie Altruistką jest debilne. - Dziewczyna obraca się na drugi bok. - Dobranoc.



~***~

O kurde, ile dialogów. No cóż, czasem takie rozdziały się zdarzą. ^^
Spójrz Eurydyko, nie zaczęłam od dialogu. Zresztą tu chyba nigdy nie zaczynałam. Na Absyncji się postaram, by jak najmniej takowych było.
Przepraszał za taką przerwę z rozdziałami. Zrobiłam trochę dłuższy niż zwykle i postaram się takie robić. No i częściej dodawać te notki. Głównie dlatego, że mam za tydzień ferie i może napadnie mnie przypływ weny? :D
Pozdrawiam wszystkich i życzę każdemu udanych ferii. Wszystko jedno, czy je ma, czy dopiero mieć będzie. :P

15 grudnia 2013

Rozdział VI

    Zaraz za mną skacze jakaś Altruistka. Jak przez mgłę pamiętam jej imię. Vanessa? Nie to nie to. Głowa znów zaczyna mi tak pulsować, że aż bębenki pękają. A Erudyci mówią, że myślenie nie boli.
    - Altruistka? - Dziwi się ten chłopak, który mi pomógł.
    - Myślisz, że przez to jestem gorsza? - Dziewczyna naciera na niego. Twarz chłopaka zmienia się ze spokojnej na nieco rozdrażnioną.
    - Z pewnością jesteś pyskata i skora do bójek - odpowiada jej.
    - Czyli idealnie pasuje do naszej frakcji. - Śmieje się jakaś nieco starsza ode mnie dziewczyna.
    - Od kiedy jesteś tak pozytywnie nastawiona do Altruistów, Lauren? - pyta ten, który mi pomógł.
    - Od dziś nie należę już do tej denerwującej frakcji. - Vanessa, czy jak jej tam przewraca oczami.
    - Ale do naszej również na razie nie należysz. - Uśmiecha się szyderczo Lauren.
    - Jeszcze. - Dziewczyna wymawia to słowo z naciskiem, po czym zdejmuje z siebie ponury, szary strój, zostając w samej podkoszulce.
    Altruista, który nie jest owinięty od stóp do głów to z pewnością niecodzienny widok. Wpatruję się w nią z zaciekawieniem, ale chyba zbyt intensywnie, bo po chwili obraca się i spogląda na mnie wzrokiem, który mógłby zabić.
    - Twój śmiech zrobił sobie wolne? - pyta. Nie mam pojęcia, co na to odpowiedzieć. Po mojej głowie przelatują niezliczone znaki zapytania. Na szczęście przerywa nam Altruista, który przed chwilą skoczył z wiaduktu.
    - Victorio! Ty skoczyłaś z budynku?! I to jako druga?! - wrzeszczy chłopak, po czym podbiega do nas. - Z twoim lękiem wysokości myślałem, że to niemożliwe.
    - Zamknij się, nie wszyscy muszą wiedzieć, że mam lęk wysokości. A skoro ta wariatka skoczyła i nic się jej nie stało, nie mogłam być gorsza. - Victoria krzyżuje ręce na piersi.
    Próbuje sobie przypomnieć czemu jest do mnie tak pesymistycznie nastawiona, ale moja głowa znowu mi pulsuje.
    - Daj spokój. Serdeczni są po prostu weseli. - Altruista wzrusza ramionami. - Przyznasz, że to dość zabawne.
    - Zabawne jest to, że mówicie o Mady jakby jej tu nie było - odzywa się Lauren, po czym klepie mnie po plecach. - Nasz skoczek numer jeden chyba zapomniał języka w gębie.
    - Może po prostu uważa wtrącanie się do tej kłótni za bezsensowne zachowanie - mówi Nieustraszony, który nazwał Victorię "pyskatą".
    - Bierzesz wszystko zbyt poważnie, Cztery - odpowiada mu dziewczyna.
    - Cztery to liczba - wypalam, nie zastanawiając się nawet.
    - Tak. Jakiś problem? - pyta chłopak, na co kręcę głową.

    Gdy wszyscy nowicjusze są już wśród nas, Lauren i Cztery oprowadzają nas po jaskini. Jest w niej strasznie ciemno, ale na szczęście nie boję się ciemności. Ściany są z kamienia, a sufit coraz bardziej się obniża. Lampy oświetlające korytarz rozmieszczono w dużych odstępach od siebie. Przy którejś z nich nasi przewodnicy stają i odwracają się twarzami do nas.
    - Tu się rozdzielamy - mówi Lauren, po czym patrzy na grupkę Nieustraszonych. - Wy idziecie ze mną, myślę, że nie trzeba was oprowadzać.
    Dziewczyna znika w ciemności, a za nią stopniowo każdy z nowicjuszy urodzonych w tej frakcji. Przyglądam się tym, którzy zostali. Jest nas tylko ośmioro. Z Serdeczności jestem tylko ja, z Altruizmu dwie osoby, z Erudycji również dwie, a z Prawości trzy.
    - Pracuje w sali kontroli - zwraca się do nas Cztery. - Ale przez kilka najbliższych tygodni będę waszym instruktorem. Nazywam się Cztery.
    - To liczba - odzywa się jakiś Prawy, na co instruktor przewraca oczami.
    - Tak. Już mi to uświadomiono. - Na dźwięk tych słów czuję, że się rumienię. - Teraz pójdziemy do Jamy, którą pewnego dnia nauczycie się kochać.
    - Ciekawa nazwa. - Kimberly parska śmiechem. Cztery mierzy ją wzrokiem, ale ona tylko uśmiecha się do niego szyderczo.
    - Jak się nazywasz?
    - Kim - wymawia dźwięcznie dziewczyna, uśmiechając się jeszcze szerzej.
    Mam wrażenie, że instruktor chce jej coś odpowiedzieć, ale chyba się powstrzymuje. Zamiast tego rusza po prostu w stronę cienia na końcu tunelu, a my podążamy za nim. Po chwili otwiera podwójne drzwi i wchodzimy do miejsca zwanego "Jamą".
    Jest to ogromna podziemna jaskinia. Skalne ściany wznoszą się na wysokość kilku pięter. Są strasznie nierówne. Wykuto w nich pomieszczenia na różne potrzeby, które połączono ze sobą wąskimi ścieżkami. Nie ma barierek, które chroniłyby przed upadkiem, ale to w końcu Nieustraszoność. Może to dziwne, ale ten widok wcale mnie nie przeraża. Serce bije normalnie, za to umysł jakby chciał się wyrwać z mojej głowy i zobaczyć jeszcze więcej.
    Sklepienie Jamy tworzą szklane szyby. Ponad nimi znajduje się gmach, z którego dochodzi światło. Nad ścieżkami wiszą niebieskie lampy. Świecą tym mocniej, im mniej światła słonecznego trafia na dany obszar.
    Wokół nas roi się od młodych ludzi ubranych na czarno. Rozmawiają, gestykulują, a wszystko to robią z niesamowitą energią. Przypomina mi to trochę mój dom. U nas również wszystko robi się żywiołowo. Uśmiecham się delikatnie pod nosem.
    - Chodźcie za mną - odzywa się Cztery. - Pokażę wam przepaść.
    Przechodzą mnie dreszcze, choć w zasadzie nie wiem czemu. Instruktor prowadzi nas na prawą stronę jaskini, gdzie jest ciemniej. Podłoga kończy się żelazną barierką. Im bliżej do niej podchodzę, tym wyraźniej słyszę wodę, rozbijającą się o skały. Ten dźwięk jest z jednej strony straszny, z drugiej nawet uspokajający. Przynosi mi na myśl wodę w strumyku, ocierającą się na jego brzegach. Podchodzę jeszcze trochę i spoglądam za barierkę. Grunt opada pod ostrym kątem, a na dole znajduje się rzeka. Woda uderza o ścianę i rozpryskuje się w górze. To z pewnością jest dużo bardziej niebezpieczne od zwykłego strumyka.
    - Przepaść przypomina o cienkiej granicy między odwagą, a głupotą! - krzyczy Cztery. - Ten, kto skoczy z półki zakończy życie, a byli już tacy którzy próbowali i zapewne będą nadal.
    Cały czas patrzę w dół i wiem, że w życiu bym tam nie skoczyła, nawet gdybym wiedziała, że przeżyje. (Albo, że jest tam tort. XD Takie moje wtrącenie, tego nie ma w tekście.)
    - Może tu pofruwasz, Mady? - odzywa się Kimberly, stając tuż obok mnie.
    - Co? - pytam spoglądając na nią. Dziewczyna znowu się krzywo uśmiecha, ona chyba nie wie co to prawdziwa radość.
    - W końcu wrzeszczałaś "ja latam" spadając z gzymsu. - Kim unosi jedną brew do góry i opiera się o barierkę. - Tu też mogłabyś polatać.
    To jest właśnie groźba? Słyszałam o tym, ale nigdy nie usłyszałam czegoś podobnego na żywo. Do głowy uderza mnie jakieś dziwne gorąco. Jeszcze trochę i zaczęłoby mnie parzyć.
    - Starczy idiotycznych rozmów, za mną - woła Cztery. Blondynka obok mnie rusza zgrabnie za naszym instruktorem.
    Chłopak prowadzi nas do dziury ziejącej w ścianie. Pomieszczenie za nią jest na tyle dobrze oświetlone, że widzę dokąd idziemy - do jadalni. Gdy przestępujemy próg, Nieustraszeni wstają. Krzyczą, tupią, klaszczą, wiwatują, a ja po raz kolejny się uśmiecham. Może to nie do końca jak w Serdeczności, ale w każdym razie trochę podobnie.
    Wszyscy szukają wolnych miejsc. Jeden stół jest prawie całkowicie pusty, więc siadam tam. Po chwili z mojej prawej strony przysiada się Altruista, a z lewej nasz instruktor.
    - Co to jest? - pyta chłopak po moje prawej. Podążam za jego wzrokiem. Na środku stołu znajduje się talerz z hamburgerami, a wokół niego kilka sosów.
    - Hamburgery - odpowiadam. Altruista spogląda na mnie zdezorientowanym wzrokiem. Uśmiecham się do niego.
    - To wołowina - mówi Cztery. - Jak polejecie to sosem będzie smaczniejsze.
    - Dobre to jest? - zadaje pytanie Victoria, siedząca tuż obok kolegi ze swojej frakcji. Jej mina nie świadczy o tym, że dziewczyna jest zachęcona do potrawy.
    - Nie jedliście nigdy hamburgerów? - Dziwi się Zack, który siedzi po jej drugiej stronie.
    - W ich frakcji je się proste potrawy - wyjaśnia nasz instruktor. Po chwili chwyta za hamburgera, a Altruiści przyglądają mu się z zaciekawieniem.
    - Niby dlaczego? - dopytuje Erudyta. W jego oczach iskrzy ciekawość typowa dla jego frakcji.
    - Ekstrawagancję uznaje się za egoizm - odpowiada Altruista. Przez dłuższy czas przygląda się potrawie, ale w końcu po nią sięga i ją próbuje. - Smaczne - dodaje, nie do końca przeżuwając kęs. Krzywię się na ten widok.
    - Jak jeszcze raz będziesz mówił z pełnymi ustami Tylor to będziesz musiał jeść te całe hamburgery w formie płynu - mówi Victoria. Dziewczyna z pozoru nie wygląda na straszną, ale za każdym razem, gdy się odzywa coraz bardziej ściska mnie w żołądku. Po chwili sama chwyta potrawę i ją gryzie. Jej źrenice momentalnie się rozszerzają. Ciekawe jakie to uczucie spróbować hamburgera, gdy nigdy wcześniej nie jadło się żadnych bardziej ekstrawaganckich potraw.
    - Nie jesz nic? - pyta mnie Tylor. Kręcę głową.
    - Jesteś jakaś inna niż wcześniej - oznajmia Zack, przyglądając mi się z troską w oczach. W zasadzie nie czuję się jakoś specjalnie dobrze, ale nie wiem czy to skutek serum, czy przeniesienia do nowego miejsca.
    - Bardziej normalna - dodaje Victoria, biorąc łyk soku pomarańczowego. Ta dziewczyna jest dla mnie prawdziwą zagadką. 
    - Dla ciebie normalna jest powaga, dla niej radość i zabawa. - Zack uśmiecha się do mnie. Odpowiadam tym samym. Wpatruję się przez dłuższy czas w jego niebieskie oczy, które są ciekawskie jak u Erydyty, ale i przyjazne jak ludzi z mojej dawnej frakcji.
    Po chwili słyszę stłumiony krzyk Tylora. Przenoszę momentalnie wzrok na niego. Do tyłu ciągnie go jakaś postać w masce i przykłada mu pistolet do skroni. Wytrzeszczam oczy. Moje serce podskakuje jak oszalałe. Wszyscy przy stole siedzą jak na szpilkach. Victoria wstaje i zaczyna mierzyć się wzrokiem z porywaczem. Gdy tylko dziewczyna robi krok w jego stronę, on celuje z broni prosto w nią. Szatynka cofa się kilka kroków.
    - Na ziemię, już! - wrzeszczy porywacz. Po głosie od razu rozpoznaje, że jest płci męskiej.
    Wstrzymuję oddech, a w tym czasie Victoria, mrucząc coś pod nosem kładzie się powoli na ziemi.
Spoglądam na puste krzesło, na którym jeszcze przed chwilą siedział Tylor. Chłopak ma teraz przyciśniętą do szyi rękę porywacza, pewnie ledwie może oddychać. Rozglądam się po sali, nie mam pojęcia dlaczego nikt nie reaguje. Czy Nieustraszeni nie powinni nosić przy sobie broni?
    Znów patrzę na puste krzesło. Moje serce spowalnia rytm, choć w zasadzie nie rozumiem dlaczego. Porywacz podchodzi bliżej Altruistki, leżącej na podłodze. Pod wpływem impulsu chwytam za krzesło, podbiegam do niego i uderzam go w głowę. Chłopakowi wypada pistolet z ręki, który momentalnie dosięga Victoria i zaczyna w niego celować. Z kolei Altruiście udaje się wyplątać z jego objęć. Ja niewiele myśląc uderzam porywacza jeszcze raz.
    - Starczy! - Chłopak wyciąga ręce, by zablokować kolejne uderzenie. Po chwili ściąga maskę i pokazuje swoją twarz, wygląda na góra rok starszego ode mnie. Wszyscy na sali zaczynają się śmiać. Opuszczam krzesło. Jestem skołowana.
    - Nieźle oberwałeś, Zeke. - Cztery próbuje powstrzymać uśmiech, ale mu to nie wychodzi.
    - Koniec z tą idiotyczną tradycją - mówi niedoszły porywacz. - W  przyszłym roku na pewno nie dam się w to wrobić.
    Zeke masuje swoją głowę, a ja przyglądam mu się z zaciekawieniem. Naprawdę mają tu dziwne tradycje.
    - Przepraszam - mówię. Chłopak momentalnie spogląda na mnie i się uśmiecha.
    - Nie sądziłem, że Serdeczni są aż tak agresywni. - Krzywię się na dźwięk jego słów. Chyba naprawdę nie bardzo pasowałam do tamtej frakcji. Trochę mi z tego powodu przykro.
    - Ona ich właśnie opuściła - mówi Cztery. Nie wiem czemu, ale dopiero jego słowa uświadamiają mnie w tym, że naprawdę już nie należę do Serdeczności.
    Do naszego stołu podchodzi młody Nieustraszony z brązową skórą i ciemnymi oczami. Jest przystojny i nieco wyższy ode mnie. Nie wydaje mi się, by przechodził teraz nowicjat, a skoro tak to musi być ode mnie starszy albo młodszy, nie dużo, najwyżej o rok.
    - Widziałem, że nieźle oberwałeś, bracie - mówi przez śmiech, na co Zeke przewraca oczami.
    - Nie powinieneś podchodzić do nowicjuszy, to strefa zagrożona - odpowiada chłopak. Jego brat coraz bardziej dławi się ze śmiechu. Po chwili przenosi wzrok na mnie.
    - Sam chciałbym mu tak dołożyć - mówi. - Może w przyszłym roku, na moim nowicjacie.
    - Nie licz na to, że zrobię to chociaż raz jeszcze - mruczy Zeke, po czym przenosi wzrok na krzesło, które stoi koło mnie. - Od teraz trzymam się z dala od krzeseł.
    - To na czym zamierzasz siedzieć? - pyta jego brat, na co niedoszły porywacz ponownie przewraca oczami.
    - Po co w ogóle była ta "zabawa". - Victoria wymawiając ostatnie słowo robi palcami cudzysłów.
    - Żeby sprawdzić jak reagują przyszli Nieustraszeni. Sprawdzamy, a raczej sprawdzaliśmy to tylko na transferach, bo dzieciaki urodzone w Nieustraszoności od dawna o tym wiedzą - tłumaczy Cztery. Po chwili podnosi leciutko kącik ust do góry. - Chyba jeszcze nigdy nie było tak zabawnej reakcji.
    Jego słowa zaczynają mnie już trochę denerwować. Zaciskam rękę na oparciu krzesła.
    - Ciekawa jestem jak ty byś zareagował. - Cztery unosi brew do góry.
    - O ile się nie mylę to powalił porywacza na podłogę - mówi Zeke, a ja otwieram szerzej oczy ze zdziwienia.
    - Byłeś transferem? - odzywa się Zack. Cztery tylko kiwa głową.
    - Muszę już iść - oznajmia brat Zeke'a, po czym przenosi wzrok na mnie. - Szkoda, że jesteś starsza. Mam nadzieję, że uda ci się przejść nowicjat.
    Słowa chłopaka mnie szokują. Podążam za nim wzrokiem przez dłuższą chwilę, gdy w końcu znika mi z pola widzenia.
    - Cały Uriah - odzywa się jego starszy brat. - Tylko dziewczyny mu w głowie.

~***~

Niedługo święta, więc życzę "Wesołych Świąt". :P
Opowiadanie miało być nieco krótsze, ale moja beta poprosiła mnie o gwiazdkowy gratis, więc macie bonus w postaci jednej z moich ulubionych postaci z książki, a mianowicie Uriaha. :D
Spełniłam prośbę Torii, która mi się bardzo spodobała. Jak widać. ;)
No i stwierdziłam, że może inspiracją dla moich snów z krzesłem była gaśnica Fioletowego Pierniczka, więc w podziękowaniu mam dla ciebie prezent.
Wyszło mi średnio. Ta ręka jest straszna, ale gdybym miała ją rysować chociaż raz jeszcze to szlag by mnie trafił. Po za tym glasgow smile wyszedł dziwnie, ale się starałam. :D Oto damska wersja Jokera według mnie.
Jeszcze raz "Merry Christmas" ode mnie i od kursorka. :D

12 grudnia 2013

Liebster Award

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała. Następnie ty musisz nominować 11 osób i zadać 11 pytań. Nie wolno nominować osoby, która cię nominowała.

Zostałam nominowana przez Fioletowego Pierniczka, za co serdecznie dziękuję.
Pytania:

1. Skąd pomysł na opowiadanie, chciałabyś wydać je jako książkę?

Jest to Fanfick "Niezgodnej", co oznacza, że zainspirowała mnie książka. ^^ Stwierdziłam, że ciekawie byłoby poznać, co myślą Serdeczni. Fajnie by było wydać to opowiadanie, ale Fanficków się nie wydaje.XD Mady będzie żyła więc tylko w wersji cyfrowej.

2. Gdyby ktoś z fanów twojego bloga rozpoznał cię i poprosił o autograf, co byś zrobiła?

Nie wiem jakim cudem by mnie mogli rozpoznać. XD Gdyby jednak zaistniała taka sytuacja najpewniej była bym zszokowana, ale autograf bym nabazgrała. :D

3. Ulubiony rodzaj muzyki?

Chyba rock.

4. Ilu masz prawdziwych przyjaciół?

Hm... trudne pytanie. Trzech i mam nadzieję, że się co do nich nie mylę.

5. Czy utożsamiasz się z postaciami z filmów/gier/książek/komiksów ?

Yes. Nie zawsze, ale zdarza mi się. Najczęściej albo utożsamiam się z jakąś dziewczyną albo szaleję za jakimś chłopakiem i cały czas wyszukuje scen z jego udziałem. XD

6. Ulubiony film, serial i aktor?

Hm... film to chyba "Prawo zemsty", serial zapewne "Rodzinka.pl", a aktor hm... Johnny Depp.

7. Ostatnio przeczytana książka?

"Kuszona" z serii "Dom Nocy".

8. Gdybyś mogła być wybranym bohaterem z Avengers/Batmana/innych takich rzeczy, kogo byś wybrała?

Kobietę-Kota. :D

9. Skąd pomysł na bohaterów twojego opowiadania?

Sami jakoś wskakują do mojej głowy i wołają "powołaj mnie do życia!". Sama Mady jest tą miłą częścią mnie ucharakteryzowaną na Serdeczną z domieszką Nieustraszoności (tak, ja jestem jedną z tych osób, które marzą o skoku na bungee). :D Choć ja raczej nie nafaszerowałabym się serum. XD Oprócz tego jedna postać jest stworzona przez moją betę, a ja pozwoliłam jej wejść do mojej historii. ;)

10. Ukochane powiedzenie?

Masakra.

11. Najbardziej zwariowana fantazja?

Hm... nie wiem. Ostatnio w moich snach co chwila walę kogoś krzesłem. To jakiegoś potwora, to jakiegoś terrorystę, co nie wiem po co napada na naszą klasę w szkole. Szczerze mówiąc to walenie krzesłem przez łeb zaczęło mi się podobać, więc chętnie zrobiłabym to jakiemuś złemu człowiekowi na żywo. :D Ewentualnie nie wiem, skoczyć ze spadochronem. :P

Ogólnie jakiś czas temu miałam już Liebster Award, więc teraz nikogo nie nominuję. ;P
Co do rozdziału postaram się go szybciej pisać, bo na razie nie mogę znaleźć czasu.XD

24 listopada 2013

Rozdział V

    Kimberly uśmiecha się do rodzin Nieustraszonych, którzy wyglądają na bardzo zadowolonych. Pewnie nie tylko dlatego, że do ich frakcji zamierza dołączyć ładna dziewczyna, ale również dlatego, że pierwsze trzy transfery wybrały właśnie Nieustraszoność.
    Jack Kang wyczytuje kolejne nazwiska strasznie szybko. Patrzę jak Camile i Manu wybierają Serdeczność i jak Mindy bez zastanowienia spuszcza swoją krew na wodę. Kilka osób zmieniło jeszcze frakcję na Nieustraszoność: Jeszcze jeden chłopak z Erudycji, parka z Prawości i o dziwo parka z Altruizmu, z Serdeczności nikt na razie nie wybiera tego, co ja.
    Może to dziwne, ale kojarzę chłopaka z Altruizmu. Pamiętam ten jego uśmiech, który posłał mi w autobusie. W końcu uśmiechnięty Altruista to niecodzienna sprawa. Wiedziałam, że nie pasuje do tej strasznie poważnej frakcji.
    Wlepiam wzrok w podłogę i nasłuchuję kolejnych nazwisk. Nie skupiam się na ich znaczeniu, są dla mnie jak kolejne uderzenia piłki o podłogę. Przypomina mi to naszą starą grę w Serdeczności. Mieliśmy grupę około dwudziestu osób. Codziennie inny z nas zostawiał schowaną w pokoju każdego (nie zamykaliśmy ich na noc) kartę z zagadką. Zagadka odnosiła się do danego koloru, na przykład "Kolor znajduje się w środku skorupki i białka" albo "Znajdziesz zaznaczenie na starej jabłoni, przy której Camile złamała nogę". Każdy kto nie rozwiązał zagadki, nie znalazł kartki, albo nie chciało mu się lecieć pod wskazane miejsce, był do tyłu. Potem spotykaliśmy się i graliśmy w kolory, czyli rzucaliśmy do siebie piłką mówiąc jakiś kolor. Zakazaną barwą była właśnie ta na kartce. Codziennie odpadała jedna osoba, a gdy zostawał jeden, reszta musiała mu zrobić jakąś niespodziankę w nagrodę za zwycięstwo.
    Moje wspomnienia o grze przerywa dźwięk imienia.
    - Joseph Harvey - czyta Jack.
    Od razu podnoszę głowę i zerkam na chłopaka. Ma fajne nazwisko, Madeleine Harvey ładnie by brzmiało. Zaraz, o czym ja myślę? Potrząsam głową, a chłopak przenosi na chwilę wzrok na mnie i delikatnie się uśmiecha. Odpowiadam tym samym i wtedy po raz pierwszy Kimberly spogląda na mnie. Jej oczy są strasznie hipnotyzujące, ale sama nie wiem, czy są one piękne czy po prostu straszne. Przenoszę wzrok z powrotem na Josha, by uciec przed widokiem tych czarnych jak noc źrenic.
    Chłopak ku mojemu zdziwieniu wcale nie spuszcza krwi na Prawość ani Serdeczność. Otwieram szeroko oczy ze zdumienia, gdy widzę gdzie kapie czerwony płyn z jego ręki. Jakieś dziwne gorąco uderza mi do głowy, gdy patrzę jak idzie w kierunku wybranej przez siebie frakcji. Czemu ja o tym wcześniej nie pomyślałam? Przecież on dokładnie tam pasuje. Mógł mnie zmylić swoją wesołością i szczerością, ale gdzieś w głębi czułam, że on właśnie tam pójdzie. Mimo to większe zdziwienie czułabym pewnie tylko, jeśli wybrałby Altruizm.
    Uśmiecham się pod nosem, gdy Josh staje obok Mindy. Ciekawe czy się zaprzyjaźnią? Oboje są bystrzy, weseli, mili, więc powinno im się udać. Szkoda tylko, że ja nie będę ich widywać.
    Kilka nazwisk później widzę jak Jessica idzie, by dokonać wyboru. Dziewczyna spogląda na mnie, a ja uśmiecham się do niej promiennie. Odpowiada mi lekko unosząc końcówki ust do góry, po czym przenosi wzrok na Mindy, która również się szczerzy.
    Jessica drży, gdy przykłada sobie nóż do dłoni, pewnie boi się bólu. Przecina sobie skórę szybkim ruchem, a ja aż wstrzymuję oddech. Dziewczyna spogląda na misę z ziemią, a potem kolejno na naczynie, w którym znajduje się woda i na to z rozżarzonymi węglami. Nie mam pojęcia co ona kombinuje. Spoglądam na nią z przestrachem. Blondynka patrzy w skupieniu na Mindy, która tylko kręci głową. Jessica staje dokładnie między misami Nieustraszoności i Serdeczności. Serce bije mi tak, jakby chciało wyrwać się z piersi. Przecież ona stoi przed takim samym wyborem jak ja. A co jeśli zmieni frakcję? Będę ją miała przy sobie. Będę miała z kim gadać, z kim się przyjaźnić, z kim współpracować, z kim to wszystko przeżywać. Byłoby cudownie.
    Spoglądam prosto w przerażone oczy mojej przyjaciółki. Jest gotowa się poświęcić, by być ze mną. Ma w sobie coś z Altruisty, to tam mogłaby przejść. Jednakże do Nieustraszoności się nie nadaje. Musiałaby się bać na każdym kroku, a ona jest delikatniejsza ode mnie.
    Dziewczyna wyciąga rękę do przodu i patrzy w skupieniu na mnie, jakby czekała na mój rozkaz. Wzdycham, mam ochotę ją przyjąć, ale ona nigdy nie będzie wtedy szczęśliwa, a może nawet zostanie bezfrakcyjną? Przełykam ślinę, korci mnie, by pokiwać na "tak".
    Przez przypadek dotykam kieszeni i robię się biała jak ściana. Co ona mogłaby sobie o mnie pomyśleć, jeśli brałabym serum, by nie tchórzyć? Od razu kręcę głową na "nie", a Jessica wzdycha i spuszcza krew na Serdeczność. Serce bije mi jak oszalałe, biorę kilka głębszych wdechów, by się uspokoić.
    Nazwiska znowu lecą, zbijając się w całość. Gdy tylko ostatnia osoba dokonuje wyboru, pora wychodzić. Pierwsi ruszają Nieustraszeni. Wlokę się za grupką osób w czarnych strojach, którzy postanowili nie zmieniać frakcji. Czuję się obco w barwnej sukience. Zerkam przez ramię do tyłu i dostrzegam twarze moich rodziców. Wydają się obojętni na to, co się stało. Uśmiecham się do nich smutno, a oni tylko odwracają wzrok. To dla mnie jak cios w serce. Mam wrażenie, że ktoś walnął mnie młotkiem w klatkę piersiową i uderzał tak, dopóki nie zmiażdżył serca.
    Dotykam ręką kieszeni. Zapomnę choć na chwilę, wystarczy zejść z ich widoku.
    Przenoszę wzrok na Mindy, która uśmiecha się serdecznie i do mnie macha. Obok niej stoi Josh, który powtarza tę czynność, próbuje im odmachać, ale tłumek przepycha mnie przez drzwi. Nagle ktoś zaczyna wrzeszczeć. Przejmują to od niego wszyscy i biegną prosto na schody, zostawiając mnie w tyle. Jestem całkiem zdezorientowana, ale zaczynam za nimi biec. Wydaje się to całkiem zabawne. Przystaję na chwilę i wyciągam z kieszeni strzykawkę, igłę i fiolkę. To jedyny dogodny moment jaki mam, by to zrobić. Szybko nakładam igłę na strzykawkę i wypełniam nią serum, po czym wstrzykuję je sobie w żyłę. Biegnę niewiele myśląc, by dogonić resztę. Strzykawkę wkładam z powrotem do kieszeni, a resztę wyrzucam gdzieś po drodze. Jestem strasznie daleko od reszty osób z mojej frakcji. Nagle zaczynam śmiać się na głos. Czuję znajome uczucie, radość wypełnia mnie od środka i próbuje się wydostać na zewnątrz. Słyszę kroki zbiegających, krzyki, gwizdy, śmiechy i uznaję, że muszą się dobrze bawić. Wskakuję na poręcz i zjeżdżam w dół, stojąc na nogach. W mgnieniu oka jestem koło reszty. Niektórzy patrzą na mnie zdziwieni, wyglądają zabawnie. Inni nawet mnie nie zauważają tylko dalej krzyczą. Jakby się tak pobili w piersi wyglądali by zupełnie jak te duże małpki. Jak im było? Goryle? Ktoś chyba uznał mój wyczyn za świetny pomysł, bo wskakuje na kolejną z poręczy. Mam ochotę mu pomachać, wydaje się taki słodki. Nagle zaczynam się chwiać. Próbuję się utrzymać, ale przewracam się na kilku Nieustraszonych, którzy łapią mnie na ręce i stawiają na ziemi. To bardzo miłe z ich strony. Miłe chi, chi, jak w Serdeczności, a może się wspólnie pobawimy?
    Wszyscy wybiegamy na zewnątrz. Słoneczko jest takie śliczne. Wyciągam rękę do góry, by je złapać, ale wymyka mi się spod palców. Nieustraszeni blokują autobus, a może to jakaś gra? Też chce się pobawić. Ruszam w tamtym kierunku, ale reszta mnie pcha w stronę torów. Nie są zbyt mili.
    Nagle widzę jakieś światło i mrużę oczy. Jakby ktoś lampką mi po nich świecił, to nie jest fajne. Niech ten ktoś to wyłączy! W uszach słyszę jakieś gwizdy. Cała głowa zaczyna mnie boleć, więc się krzywię.
    - Nic ci nie jest? - pyta jakiś blondyn ubrany na niebiesko. Jak on miał, a no tak, Zack! O mój boże jaki on jest śliczny!
    - Jesteś słodki jak szczeniaczek! - wołam, a chłopak robi się czerwony.
    Nagle wszyscy ci więksi w czarnych strojach skaczą do pociągu. To musi być świetna zabawa! Po nich ruszają mali czarni i zostaje tylko kilka osób. Biegnę w stronę wagonu i już mam skakać, ale wpada na mnie blondynka z Prawości. Prawie wpadam pod tory, ale chwyta mnie czyjaś ręka i wciąga do środka. Dziewczyna, która na mnie wpadła też jest bezpieczna. Siedzi wygodnie i poprawia grzywkę. Kimberly? Tak, właśnie tak miała na imię!
    - Nic ci nie jest? - pyta dziewczyna, która mnie wciągnęła. Ma na sobie smutny szary strój. Przekrzywiam głowę na bok i się uśmiecham, by ją rozweselić. - Wy Serdeczni jesteście jacyś inni.
    Zaczynam się śmiać, a ona unosi brwi do góry. Przyglądam się jej uważniej. Ma długie, brązowe, kręcone włosy. Zakręcają się jak spirala, albo jak studnia, z której wypuszczana jest woda. W kółko i w kółko i w kółko. Jej zielone oczy sprawiają wrażenie świateł. Zielone, można jechać. Twarz ma okrąglutką jak piłka, chciałabym sobie teraz poodbijać piłeczką. Szyje ma jak u łabędzia. Chi, chi łabędź. Szary łabędź, bardzo szary łabędź.
    - Wyglądasz jak taki łabądek. - Uśmiecham się szeroko, a ona się krzywi.
    - Że co?! - Jej głos jest groźny, nie pasuje do łabędzia.
    - Nie jesteś zbyt miła. - Kładę się na podłodze i zaczynam się głośno śmiać. Po chwili dołącza do mnie ten słodki Zack i Altruista, który się uśmiecha. Wow.
    - Ty się uśmiechasz! - wołam wesoło.
    - Serdeczni zawsze są tacy zabawni? - pyta, a ja macham żywiołowo głową.
    - To jakiś idiotyzm. - Łabędź odzywa się znowu i psuje aurę śmiechu.
    - Cicho Łabądku - mówi ta dziewczyna, co mnie przez przypadek popchnęła. Po chwili siada tuż przede mną, a ja patrzę w jej czarujące oczy.
    - Jakie hipnotyzujące - mówię. Kim uśmiecha się krzywo.
    - Ciekawe, co on w tobie widzi? - Dziewczyna wstaje i wraca do Prawej, z którą przed chwilą rozmawiała.
    W mojej głowie rzuca się pytanie "Kto?". Otrząsam się jednak i wychylam, by widzieć krajobraz. Ale pęd! Jest cudownie. Obrazy się zlewają, a miasto się oddala, mam ochotę je chwycić w  ręce, ale mi to nie wychodzi. Wiatr muska mi włosy. Jest cudowny!
    - Wyskakują! - krzyczy jakiś chłopak. Nieustraszeni skaczą na dach. Patrzą w dół, ziemia jest daleko!
    - Strasznie wysoko. - Łabędź przełyka ślinę.
    - Nie martw się Victorio. Dasz radę. - Chłopak z jej frakcji kładzie jej rękę na ramieniu.
    Ludzie zaczynają skakać. Biorę rozpęd i skaczę nad szczeliną, ale fajne! Inni również robią to, co ja. Tylko ta cała Victoria dalej stoi tam gdzie stała.
    - Skacz! Dasz radę! Jesteś odważna! - krzyczy chłopak w szarościach.
    - Skacz jest fajnie! - wołam. Dziewczyna zaczyna coś mamrotać pod nosem i skacze na dach. Przewraca się i zdziera łokieć, ale bardzo szybko wstaje i się otrzepuje.
    - Słuchajcie, jestem Max! - woła jakiś starszy Nieustraszony, stojący przy krawędzi.
    - Słuchamy cię - odpowiadam, a inni zaczynają się śmiać pod nosem.
    - Jestem jednym z przywódców Nieustraszoności. Kilka pięter niżej znajduje się wejście do naszej siedziby. Musicie wziąć się w garść i tam skoczyć, w przeciwnym razie się tu nie nadajecie - oznajmia mężczyzna. Zanim znajduje się wielka dziura. Skok do dziury? A może tam jest wielkie ciasto?!
    - Chcesz byśmy skoczyli z gzymsu? - Erudyta, ale nie Zack tylko ten drugi przełyka ślinę. Nie rozumiem czemu się boi. Nie chce ciasta?
    - Tak, nowicjusze mają ten przywilej bycia pierwszymi - odpowiada Max.
    Uśmiecham się od ucha do ucha i biegnę pierwsza na skraj. Muszę dostać największy kawałek ciasta!
Dziura jest głęboka, pewnie nagromadzili w niej sporo placka. Skaczę w przepaść i czuję się jakbym frunęła.
    - Ja latam! - krzyczę. Nagle uderzam o coś twardego. - Au!
    Otrząsam się z szoku. To siatka, zaraz, a gdzie ciasto? Łapię się za głowę, co za ciasto? Skąd mi się to w ogóle wzięło? Przecieram oczy i zauważam kilkoro rąk na skraju siatki. Chwytam pierwszą lepszą, a ona wyciąga mnie na drewnianą podłogę. Prawie uderzam głową o podłoże, ale czyjeś dłonie mnie przytrzymują. Zaczyna mi się kręcić w głowie, a obraz przed oczami się rozmazuje. Nie mogę się ruszyć i czekam chwilę w tej pozycji, aż to dziwne wrażenie minie. Nagle dociera do moich uszu dźwięk jakiegoś głosu.
    - Wszystko w porządku? - pyta. Wyswobadzam się z rąk rozmówcy i spoglądam na jego twarz. To jakiś młody mężczyzna, może nawet nie? Ile on może być starszy ode mnie? Rok? Dwa?
    - Tak. - Mrugam kilkukrotnie. - Już tak.
    - To dobrze, bo zrobiłaś się blada - mówi. - Jak się nazywasz?
    - Mady - odpowiadam. Chłopak, mężczyzna, to coś płci męskiej, które mi pomogło uśmiecha się do mnie, po czym ogląda się za ramię.
    - Pierwsza skoczyła Mady! - krzyczy.

***
Jest notka. Wywiązałam się, dodałam przed końcem weekendu. :D (jakąś godzinę przed końcem)
Byłam dziś na "W pierścieniu ognia", wyszło lepiej niż się spodziewałam. Ta cudna historia zawsze będzie gdzieś w mojej głowie. Widzieliście już może ten film?
Tak przy okazji miałam zadać pytanie w poprzedniej notce, ale ta moja skleroza jest straszna. Z ciekawości, jaką frakcję wy byście wybrali?

5 listopada 2013

Rozdział IV

Podczas gdy wszyscy inni zajmują się poranną toaletą, ja zrywam jabłka w sadzie. Ich słodki smak eksploduje na moich kubkach smakowych. Z całą pewnością będzie mi brak świeżości tych owoców.
Znowu zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej gdybym została. Odganiam jednak tę myśl od siebie, nie chcę co chwila zmieniać zdania. Przykładam rękę do kieszeni, by wyczuć kształt strzykawki, to mnie nieco uspokaja. Nie po to ukradłam te rzeczy, by teraz zrezygnować.
Rozprasza mnie szelest liści. Odwracam się momentalnie i dostrzegam sylwetkę kobiety zrywającej śliwki z drzew. Każdy by rozpoznał tą posturę, należy ona do Johanny Reyes, naszej przedstawicielki. Inne frakcje nazywają ją przywódczynią, Serdeczność nie ma jednak przywódcy, rządzimy wspólnie.
Kobieta obraca się i zerka w moim kierunku. Jej twarz zdobi szrama, która od razu rzuca się w oczy. Mina Johanny jest zdziwiona, zapewne rzadko kto przychodzi zrywać owoce o tej porze. Przedstawicielka podchodzi do mnie i ściska na przywitanie. Mam tylko nadzieję, że nie wyczuła rzeczy znajdujących się w moich kieszeniach.
- Nie możesz spać skarbie? - pyta słodkim głosem.
- Dziś ważny dzień. - Uśmiecham się delikatnie, a kobieta odpowiada mi tym samym.
- Tak, dziś zacznie się wasza nowa przyszłość. - Kiwam głową na znak zrozumienia.
Głupio mi, pewnie myśli, że pozostanę w jej frakcji, a ja tymczasem pragnę z niej odejść.
- Masz na imię Mady prawda? - Przytakuję. - Pamiętaj, że nieważne jest, co wybierzesz. Ważne byś pamiętała o miłości. Musisz kochać ludzi ze swojego otoczenia.
Dziwię się na te słowa, ale po chwili dociera do mnie ich sens. Serdeczność naucza o miłości. Miłość jest jednak wszędzie i nie muszę się jej wcale wyrzekać.
- Dziękuję - wołam radośnie i całuję kobietę w czoło.

Każdy jedzie na Ceremonię Wyboru z rodziną. Rodzice zawożą mnie naszym czerwonym mercedesem. Rzadko jeżdżę samochodem, najczęściej nie mam z kim. Ojciec od rana pracuje przy rozwożeniu owoców, a matka w szpitalu miejskim jako pielęgniarka.
Oczywiście będę za nimi tęsknić, ale przez to, że tak rzadko się widujemy nie jestem z nimi zżyta tak, jak w dzieciństwie.
Gdy jesteśmy mali opiekują się nami głównie rodzice, później każdy zajmuje się każdym. Przestajesz skarżyć się mamie, a zaczynasz przyjaciółce. Nie mieszkasz już w pokoju z rodzicami, a dostajesz swój własny. Stajemy się jedną wielką rodziną, a raczej czymś wyżej - frakcją.
Tata parkuje samochód i wszyscy wychodzimy na zewnątrz. Baza jest olbrzymia, jej górna część chowa się w chmurach. To najwyższa budowla w całym mieście.
Wchodzimy po schodach do głównego wejścia. Na parterze nie ma praktycznie nic oprócz windy, która zawozi wszystkich na górę. Jest w niej tłok, ale Altruiści ustępują nam miejsca i wchodzą po schodach. Całe szczęście, że są tacy uprzejmi. Nie mija pół minuty, a już jesteśmy na dwudziestym piętrze. Cały tłum wylewa się z windy i rusza w stronę sali, od której zależy nasza dalsza przyszłość.
Zgromadzeni ustawiają się w kręgi. Na samych obrzeżach są szesnastolatkowie ze wszystkich frakcji. Na razie nie jesteśmy członkami. Po wyborze staniemy się nowicjuszami, a pełnie praw uzyskamy, jeśli przejdziemy nowicjat.
Ustawiamy się w porządku alfabetycznym, według nazwisk, które dzisiaj będziemy mogli porzucić. Moje pełne nazwisko brzmi Madeleine Windsor, więc ustawiam się na tyłach, pomiędzy chłopakiem z Erudycji, a dziewczyną z Prawości. Tą samą, która zadrapała Josh'a.
Inny krąg tworzą krzesła, podzielone na pięć części, według frakcji. Są one przeznaczone dla rodzin.
Ostatni krąg stanowi pięć metalowych mis. Substancja umieszczona w każdej z nich odpowiada danej frakcji. Kamienie symbolizują Altruizm, woda Erudycję, ziemia Serdeczność, rozżarzone węgle Nieustraszoność, a szkło Prawość.
Co roku ceremonia jest przeprowadzana przez inną frakcję. Tym razem zajmuje się tym Prawość.
W sali zapanowuje porządek. Moi rodzice nie żegnają się ze mną tylko od razu siadają na miejsce, zupełnie jakby byli pewni mojej przynależności do ich frakcji.
Jack Kang rozpoczyna od przemówienia.
- Witam. Witam na Ceremonii Wyboru, w dniu, w którym oddajemy hołd demokratycznej filozofii wyznaczonej przez naszych przodków. Ona mówi nam, że każdy człowiek ma prawo wybrać własną drogę przez świat.
- Chyba jedną z pięciu - mruczy chłopak za mną. Spoglądam na pięć mis, stojących w kręgu i dochodzę do wniosku, że ma rację.
- Nasi podopieczni skończyli szesnaście lat. Stoją na progu dorosłości i teraz od nich zależy decyzja, jakimi ludźmi się staną. - Jack stara się nadawać słowom poważny ton, co zresztą nieźle mu się udaje. - Przed dziesięcioleciami nasi przodkowie uświadomili sobie, że za toczone na świecie wojny trzeba winić polityczną ideologię, a nie wierzenia religijne, rasę czy pochodzenie. Doszli do wniosku, że chodzi o wagę ludzkiej osobowości, o skłonność człowieka do czynienia zła, niezależnie od jego formy. Podzielili ich na frakcje i starali się usunąć z nich te cechy, które odpowiadają za nieporządek w świecie.
- Co roku ta sama śpiewka. - Znowu pomruk chłopaka za mną. Obracam się, by zadać mu pytanie, ale wyprzedza mnie chłopak z jego frakcji stojący za nim.
- Skąd wiesz? - Chłopak ma charakterystyczny wygląd Erudyty. Niebieski garnitur, ulizane włosy, schludny. Jedyne, co go wyróżnia to brak okularów na nosie.
- Moje rodzeństwo już przechodziło przez tę ceremonię - odpowiada ten drugi. - Rodzice mówią, że co roku przywódca mówi te same słowa, muszą więc być gdzieś zapisane.
- Może coś jest w jakiejś księdze?
- Poczytam o tym po powrocie. - Te słowa oznaczają, że chłopak nie ma zamiaru zmieniać frakcji. Założę się, że jest więcej takich.
- Ci, którzy potępili agresję, stworzyli Serdeczność - mówi przywódca Prawości. Zastanawiam się, czy i ja ją potępiam? Patrzę na Jessicę i Manu, którzy się do siebie uśmiechają. Oni na pewno się jej sprzeciwiają.
 - Ci, którzy potępili ignorancję, stali się Erudytami. Ci, którzy potępili dwulicowość, stworzyli frakcję Prawości. - Nie wiem, czy mi się zdaje, ale mam wrażenie, że to zdanie Jack Kang wymówił z dumą. - Ci, którzy potępili egoizm, stali się Altruistami. A ci, którzy potępili tchórzostwo, są Nieustraszonymi.
Bez tchórzenia. Sama odwaga. Namacuję moje kieszenie i znowu wyczuwam kształt strzykawki i fiolek. Tchórzę, wiem o tym. Sądzę jednak, że byłabym większym tchórzem, gdybym teraz zrezygnowała.
- Pracując wspólnie, pięć frakcji przez wiele lat żyło w pokoju, a każda z nich wnosiła swój wkład w życie społeczeństwa. Dzięki Altruizmowi mamy bezinteresownych administratorów, Prawość dała nam solidnych i godnych zaufania instruktorów w dziedzinie prawa, Erudycja inteligentnych nauczycieli i badaczy, Serdeczność pełnych współczucia doradców oraz opiekunów, Nieustraszoność obronę przed zagrożeniami, zarówno wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Jednak oddziaływanie każdej frakcji nie ogranicza się tylko do tych sfer. Nawzajem dajemy sobie znacznie więcej, niż można by to odpowiednio podsumować. W naszych frakcjach odnajdujemy sens, cel i życie. Bez nich nie przetrwalibyśmy. Dlatego dzisiejszy dzień jest dniem szczęśliwego wydarzenia. To dzień, kiedy przyjmiemy naszych nowicjuszy, którzy wspólnie z nami będą pracować, aby ulepszyć społeczeństwo, aby ulepszyć świat.
Rozbrzmiewają oklaski, po czym przywódca Prawości odczytuje nazwiska w odwróconej kolejności alfabetycznej. Jeden po drugim szesnastolatki wychodzą z kręgu i idą na środek sali. Pierwsza osoba wybrała Serdeczność, uśmiecham się pod nosem. Ktoś już wszedł za moje miejsce. Krople jej krwi spadają na misę, a potem staje za krzesłami, na których siedzą członkowie mojej frakcji.
Nazwiska wyczytywane są dość szybko. Za szybko jak dla mnie. Kolejne osoby podejmują decyzje. Wybory, zapewne najważniejsze w ich życiu.
- Zachary Vance - wywołuje Jack.
Erudyta bez okularów to pierwsza osoba, zmieniająca frakcję. Blondyn nacina sobie dłoń, a jego krew pada na misę z żarzącymi się węglami. To pierwsza osoba, która będzie przechodziła ze mną nowicjat.
Słyszę oburzony ton chłopaka za mną. Wymawia szereg słów, których nie rozumiem. Nie wiem, może to jakieś naukowe określenia? Chłopak nie ma jednak zbyt długiego czasu, by ponarzekać, bo zaraz on podejmuje decyzję. Po nim moja kolej.
Słyszę swoje nazwisko i biorę głęboki wdech. To ostatnia szansa, by zmienić zdanie, potem nie będzie odwrotu. Ruszam powoli do przodu. Misy Nieustraszoności i Serdeczności stoją obok siebie. Różne myśli rzucają się w mojej głowie, a na serce naciska gęsta mieszanina stresu i strachu. Wypełnia mnie od środka i przygniata wszystko tak, że aż boli. Jack podaje mi nóż, a ja przez dobrą chwilę przyglądam się ostrzu. W Serdeczności to narzędzie nigdy nie było bronią, w Nieustraszoności zapewne będzie na każdym kroku. Przygryzam wargę i nacinam sobie powoli dłoń. Dzięki adrenalinie nie czuję nawet bólu. Wyciągam rękę do przodu, kierując ją w stronę węgli. Tuż przed tym jak czerwony płyn skapuje, ręka zaczyna mi drzeć. Mam ochotę się wycofać, ale nie zdążam zabrać ręki, a krople mojej krwi już syczą w misie.
Staje w ciszy obok Erudyty. Po chwili przenoszę wzrok na Nieustraszonych, kiwają głowami z aprobatą. W Serdeczności jest lekkie poruszenie, ale nie specjalnie mocne.
- Kimberly Wilkinson. - Jack wywołuje następną osobę.
Do przodu, zdecydowanie pewniejszym krokiem niż ja, rusza Prawa o długich czerwonych paznokciach. Jednym ruchem nacina sobie dłoń i wysuwa ją nad rozżarzone węgle, a następnie staje koło mnie. Przełykam ślinę. Z bliska jest ładna, ale nie tak jak Mindy. Moja przyjaciółka jest śliczna sama w sobie, a Kim jak to by powiedział Manu, jest po prostu seksowna.


***
W końcu dodałam. Rozdział taki se, ale przynajmniej przez niego już przebrnęłam. ;P
Jak tam sobie radzicie ze szkołą?

Obserwatorzy